5/08/2018

pierwsza połowa Budapesztu

Jako, że Erasmus nie zawsze służy związkom i relacjom, zapobiegliwie postanowiliśmy się z moim lubym spotkać w połowie mojego wyjazdu na majówce w Budapeszcie. On przyjechał z Poznania, przez Berlin, ja z bezpośrednio z Osijek (dzięki ci, Flixbusie!). Zaklepaliśmy sobie pokój przez Airbnb i trafiło nam się lokum-marzenie: przestronne, w starej kamienicy, z masą hipisowskich i psychodelicznych akcentów, w całym zresztą mieszkaniu. Właścicielki nie spotkaliśmy ani razu, pojawiała się niczym duch, żeby posprzątać, ale zawsze się mijaliśmy. Raz tylko zostawiła nam psa czy raczej małego niedźwiedzia (nowofunland).

Po zapoznaniu się z naszym nowym mieszkaniem, ruszyliśmy w miasto, ale klimat pozostał:


Pierwszego dnia po prostu powłóczyliśmy się po okolicy, na prawdziwą eksplorację ruszyliśmy nazajutrz. Zaliczyliśmy przejażdżkę żółtą linią metra (wpisana na listę UNESCO),

i dotarliśmy w okolice Placu Bohaterów. Pięknie tam jest!

W tamtych stronach właśnie znajduje się Kunst Halle, więc poszliśmy tam na wystawę węgierskiego rękodzieła. I byliśmy zachwyceni! Zeszliśmy wiele sal, gdzie oglądaliśmy WSZYSTKO, począwszy od ceramiki, poprzez biżuterię, piece, zabawki, instrumenty, ubrania, wyposażenie domu, na rzeczach użytku codziennego skończywszy.


Po takiej dawce kultury, poobcowaliśmy trochę z techniką - dworzec Nyugati z XIX wieku wygląda jak żywcem wyjęty ze starych filmów.


Także z XIX wieku pochodzi największa budapesztańska bazylika św. Stefana. Zdjęcia nie oddają tego, jaka jest ogromna. Byliśmy naprawdę pod wrażeniem tak zewnętrza, jak i wnętrza. To jeden z tych budynków, z których wychodzi się innym i w których naprawdę obcuje się z Czymś Więcej. Aż trudno uwierzyć, żeby ludzkie umysły były aż tak genialne, by coś takiego stworzyć.



A wieczorem obejrzeliśmy rozświetlony Parlament

i wypiliśmy wino przy słynnym zielonym Moście Wolności (nazywanym także czasem mostem samobójców).

Kolejnego dnia odwiedziliśmy łaźnie Szechenyi. Zatłoczone niesłychanie, ale jakoś to nawet nie przeszkadzało. Tam można pływać w basenie zewnętrznym tudzież moczyć się w gorącej wodzie, wypocić w saunie, zażyć gorących i zimnych kąpieli w leczniczych wodach, wypić pinacoladę, zjeść obiad, generalnie - spędzić tam cały dzień.


My spędziliśmy pół, po czym udaliśmy się na drugą stronę miasta - do Budy. Wdrapaliśmy się na wzgórze zamkowe,

zobaczyliśmy kościół św. Macieja,

a że potem mieliśmy problem ze znalezieniem wegańskiego jedzenia po tamtej stronie miasta, zeszliśmy ze wzgórza na kolację, a później wróciliśmy do Pesztu, gdzie rozmyślaliśmy nad smutnym losem Statuy Wolności (nie mam odpowiedniego zdjęcia, więc pożyczam od daleko niedaleko)

Góruje nad Budą i nawet nad Pesztem, stoi tak wysoko, sama, z rękami w górze, w upale, deszczu i chłodzie i wydaje się być bardzo samotna. Chcieliśmy ją uwolnić, sprowadzić na ziemię, żeby nie musiała dłużej stać na tym strasznym, ogromnym piedestale, ale nie wiedzieliśmy, jak. Może sama zejdzie pewnego dnia, kiedy będzie już miała dość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz