I tak - nasz kolega ma na imię Zac, ma 23 lata i pochodzi z... Australii. W Sarajewie czekał na pozwolenie na pobyt w Chorwacji. Podróżuje już od jakiegoś czasu, widział prawie całą Europę, teraz czai się na Ameryki i na Azję. Pieniądze ma, bo jest milionerem. Gdy miał 15 lat, uczestniczył w wypadku, w którym prawie zginął. Dostał ogromne odszkodowanie plus rentę, więc teraz ma hajs na wszystko. Coś za coś. Tylko on ocalał - cała reszta bardzo bliskich mu osób zginęła. A on sam ledwo przeżył - spędził wiele dni w szpitalu, a po wypadku została mu epilepsja i dziura w głowie. Po prostu - nie ma kawałka głowy, dlatego nawet latem nosi czapkę albo kapelusz. I dlatego ciągle pali trawę, to jego lekarstwo. Kręcił jointy od samego rana. I wszystko to prawda - widziałyśmy zdjęcia ze szpitala, choćby nawet był bajkopisarzem, to nie w tym względzie. Zac ma mnóstwo tatuaży, które upamiętniają jego historię, całe życie od wypadku skondensowane w tuszu pod skórą. Jest cholernie sympatyczny, inteligentny, ale też ździebko namolny i... niepokojący? Bo jaki może być człowiek po takich przejściach. Musi mieć jakieś piętno, którego nie widać, gdzieś w środku. Zac podróżuje po świecie, ale z nikim się nie zaprzyjaźnia. Po co, skoro wszystko jest tylko na chwilę. Więc żyje tak sobie bez korzeni i trochę to smutne. Miejmy nadzieję, że w przyszłości poukłada mu się wszystko to, co tylko poukładać się może.
PS A facebook mnie naprawdę przeraża. Dla draki wpisałam w wyszukiwarkę "Zac Australia" i od razu się wyświetlił. Cóż, przynajmniej wiem, że z resztą też nie ściemniał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz