4/18/2018

Sarajewo

O Sarajewie po raz trzeci, ale tak naprawdę po raz pierwszy.

Marzyło mi się Sarajewo od dawna. Raz, że Bośnia, a Bośnię sobie wyobrażałam dziko, a dwa - to miejsce pamięci, o którym czytałam, które widziałam na filmach.
Wyjechałyśmy obie z Magdą w piątkowe popołudnie, dotarłyśmy koło północy. Ja z przesiadką w Slavonskim Brodzie, co było moją w zasadzie jedyną atrakcją, ona autostopem z jakimś serbskim politykiem, z który postawił jej obiad. Opowiedziała mi o tym dopiero koło 3 nad ranem, kiedy się spotkałyśmy, nie bez przygód. Otóż okazało się, że nasz gospodarz odwołał nam rezerwację, bo było już późno i myślał, że nie przyjedziemy. Stałam więc sobie na jednym z sarajewskich wzgórz, w mało ciekawej okolicy, wszędzie było ciemno, uliczki były kręte, a mój telefon nie działał, więc nie mogłam zrobić nic. Wreszcie dojrzałam światło w jednym z okien - w środku ktoś oglądał telewizję. Furtka zamknięta, dzwonka brak. Usłyszano jednak moje próby dostania się do środka i w chwilę później stałam już na podwórku z niesłychanie przejętą, odzianą w piżamę, tęgą Bośniaczką. Alina (tak miała na imię) zadzwoniła pod numer naszego rzekomego hostelu, facet nadal utrzymywał, że nieaktualne, nikogo tam nie ma i możemy przyjść co najwyżej rano. Gdzie była w tamtym momencie Magda, nie miałam pojęcia. Alina oznajmiła, że ona też wynajmuje pokoje, więc szczęśliwie się złożyło. Weszłyśmy do środka, odzyskałam internet, namierzyłyśmy Magdę, która dopiero dojechała do Sarajewa i teraz szła z przedmieść pod wskazany adres, Alina zrobiła mi herbatę, przyniosła jedzenie i generalnie była przemiła. Na Magdę czekałam i czekałam, przyszła, kiedy się już położyłam ;) Wstałam więc, wypiłam z nią jeszcze jedną herbatę, kapkę rakii i poszłyśmy spać. Takie pierwsze chwile w Sarajewie.
Nazajutrz klepnęłyśmy sobie po taniości hostel i poszłyśmy zanieść tam nasze manatki. Pogoda dopisywała, słonko grzało, miło nam się schodziło ze wzgórza, choć nieco zdziwione byłyśmy wszechobecnymi nagrobkami. Ostatecznie zostawiłyśmy rzeczy i poszłyśmy włóczyć się po mieście. Główny plac, Baščaršija, pełen był ludzi.
To wielkie, muzułmańskie w większości targowisko wszystkiego, ze słynną fontanną Sebilj i mnóstwem gołębi.
Gwar, muzyka, nawoływanie z meczetu, hidżaby, powiew orientu.
Obejrzałyśmy sporo przeróżnych budynków - architektura Sarajewa, a przynajmniej tamtej części, robi wrażenie. Widać wpływy tureckie, choć ledwie kilometr, dwa dalej zaczyna być bardzo europejsko. I paradoksalnie - kompletnie zniszczone budynki na tle nowoczesnych, przeszklonych molochów.

Sarajewo nie może pozostać neutralne w odbiorze.
To miks wszystkiego - kultur, losów, doświadczeń, perspektyw, zderzenia starego i nowego, miasta i natury - poza tym, że przez Sarajewo przepływa malownicza Miljacka,
stolica Bośni położona jest wśród wzgórz, żeby się powspinać, nie trzeba wychodzić z miasta. Wzgórza, te bardziej centralne, pełne są domów i domków, a przy każdym z nich jest maleńki ogródek i kwiatki. Wzruszyła nas ta dbałość o szczegóły.

Drugiego dnia pogoda nie była już tak łaskawa, było wietrznie i pochmurno, ale wciąż ciepło. Po wypiciu porannej kawy i zjedzeniu śniadania (dla mnie bajgiel, dla Magdy popularny burek), poszłyśmy na dworzec celem zorientowania się w biletach i godzinach odjazdu. W drodze powrotnej trafiłyśmy na cmentarz żydowski - jak się okazało, drugi najstarszy w Europie, z XVII wieku. Zamknięty dla pochówków w 1966 roku, w latach 90. posłużył Serbom do ostrzeliwania miasta, a jakże.
Po wizycie na cmentarzu poszłyśmy zjeść falafele, a później połazić trochę po górach.
Wieczorem trafiłyśmy do a raczej przed herbaciarnię, gdzie siedziałyśmy wykończone na schodach, a przemiła właścicielka uraczyła nas pysznym naparem w czarkach. Welcome to Sarajevo - powiedziała, gdy już zaczynałyśmy się ździebko smucić, że trzeba wyjeżdżać.
Wieczór z Zac'iem, nonsensowna próba przespania choć kawałka nocy i po 5 rano następnego dnia opuściłyśmy nasz hostel. Magda pojechała na dworzec, ja powłóczyłam się jeszcze po Sarajewie, na sam koniec spotykając Selmira, młodego Bośniaka o najbardziej niebieskich oczach, jakie widziałam. On jechał do Czarnogóry na wakacje, ja z powrotem do Chorwacji. Bosnia not good, no money powiedział mi. I pewnie ma rację. Bardzo ciekawe miasto, jeśli jesteś turystą. Bardzo trudne, kiedy musisz tam mieszkać. Ale kocham Sarajewo. Bo jest takie ciekawe, bo przypomina mi Bieszczady, bo jest takie ciche w tym swoim jeszcze niedawnym przecież smutku. Bardzo chcę je znów zobaczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz