Nie chciałam mieszać wątków, dlatego wcześniej nie wspomniałam, że Sarajewo to jeden wielki cmentarz. Każdy wolny kawałek przestrzeni zajmują groby. Prawie wszystkie z tą samą datą - 1992, 1993, 1995...
Jest mnóstwo budynków, które nadal wyglądają w ten sposób.
Na ulicach znaleźć można sarajewskie róże - miejsca, gdzie po ataku moździerzem zginęła przynajmniej jedna osoba. Dziury w ziemi, zalane symbolicznie czerwoną żywicą, dla upamiętnienia.
Byliśmy w Museum of Crimes Against Humanity and Genocide 1992-1995. Nie chce mi się nawet pisać o tym, co tam zobaczyliśmy. Jedna sala, w której emitowane były filmy z tamtego czasu, była pełna karteczek z całego świata, na wszystkich było napisane, że to takie ważne, że będziemy pamiętać, że peace, love and everything. Blablabla, pomyślałam sobie. Co znaczą te karteczki? Nic się nie zmieniło. Sarajewo odżyło, dziś krwawi Aleppo. Zmieniają się tylko punkty na mapie.
I w Sarajewie spotkaliśmy uchodźców. Na przykład w parku.
Warto też wspomnieć, że 2 noce spędziłyśmy w hostelu Ljubicica.
Klepnęłyśmy najtańszą opcję w wieloosobowym pokoju. Takie pokoje były dwa. W jednym mieszkałyśmy my, Zac i kilku chłopaków z Pakistanu. W drugim sami Pakistańczycy. Wszystko uchodźcy. Tłoczyli się w tym małym hostelu, czekając na transfer do obozu. Nie mieli swoich kluczy, wpuszczali i wypuszczali ich ludzie z recepcji. I po prostu tam tkwili, w zawieszeniu. Zac ma miliony, my mogłyśmy po prostu przyjechać, iść na wino, na obiad, zwiedzać, nikt nam niczego nie zabraniał, bo byłyśmy białe i nasz kraj jest w tak bardzo lepszej pozycji. Trudno nie mieć poczucia winy, kiedy w jednym małym pokoju zderzają się tak różne światy. Pakistańczycy byli bardzo mili, trochę długo siedzieli w nocy, ale w sumie - co mieli robić. I chrapali okrutnie. Ale poza tym uśmiechali się, chcieli dzielić się z nami jedzeniem. Próbowali znaleźć sobie w kącie miejsce na modlitwę.
I to wszystko w Sarajewie, gdzie raptem 20 lat temu, za naszego przecież życia, działy się takie rzeczy. Co do cholery jest z tym światem?!
Na koniec U2, pal licho piosenkę, ale spójrzcie na teledysk. Wybory miss wprost z oblężonego miasta. Dziewczyny stoją z transparentem, na którym wielkimi literami stoi jak wół DONT LET THEM KILL US. W głowie się nie mieści.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz