5/09/2018

druga połowa Budapesztu

W Budapeszcie (a właściwie głównie w Peszcie) spędziliśmy 5 dni, z czego 2 ostatnie na kulturze i w naturze. Odwiedziliśmy muzeum Dom Terroru przy Andrassy 60, zainicjowane przez Victora Orbana (!).

Jest to jednocześnie muzeum oraz pomnik ofiar totalitaryzmu - w latach 1937-45 był siedzibą i więzieniem strzałokrzyżowców (takich węgierskich faszystów), zaś w okresie stalinowskim siedzibą i więzieniem policji politycznej. Dom Terroru robi ogromne wrażenie. Zwiedza się od samej góry - II piętro jest dość chaotyczne, zewsząd atakują telewizory z relacjami ofiar. Później znajduje się sala imitująca szkolną klasę, wytapetowana gazetami. Można usiąść tam w ławce i obejrzeć propagandowy film. Jest też specjalny pokój z propagandowymi plakatami - kolorowe i radosne, niczym nasz słynny poster z kobietami na traktorach. Niżej znajdują się pokoje dygnitarzy - żywcem wyjęte z tamtych czasów. Jest też labirynt z mydeł, w którego meandrach też umieszczono ekrany, z których ofiary obu reżimów opowiadają o swoich przeżyciach z tamtego okresu i z pobytu w budynku przy ulicy Andrassy. Ostatnią "atrakcją" jest zjazd do piwnic. Można się tam dostać windą, w której jest duszno i ciasno. To tylko jedno piętro, ale zjeżdża się bardzo powoli, przez kilka minut. Winda jest przeszklona, światło dzienne powoli przestaje dostawać się do środka, zjeżdża się w absolutne ciemności. I w windzie także jest ekran - podczas tych kilku minut można patrzeć w dół w ciemności i próbować złapać oddech albo oglądać film, w którym jeden z byłych więźniów opowiada o egzekucjach. Podziemia zajmują cele, karcery i sale egzekucyjne. Jest strasznie, zwłaszcza ze świadomością, ile osób torturowano i zabito w tym budynku naprawdę. W całym Domu Terroru obowiązuje zakaz robienia zdjęć, ale udało nam się w ukryciu sfotografować karcer.

Przy muzeum jest też sklep z pamiątkami. Co ciekawe, można np. kupić świeczkę z Leninem czy Stalinem i ich sobie spalić. Kupiliśmy. I jak słusznie zauważył mój luby - to dopiero jest paradoks, że kapitalizm zarabia na Leninie.
Po omówieniu wrażeń z muzeum, przeszliśmy się uroczą ulicą Andrassy, także wpisaną na listę UNESCO. Miejsce piękne, jak prawie wszystko w Budapeszcie, ale widać nędzę straszną na każdym kroku. Z jednej strony ludzie popijają drinki, z drugiej grzebią w śmietnikach.

Spotkaliśmy tak ogromną ilość żebraków i bezdomnych, jakiej jeszcze nigdzie nie widzieliśmy. Mieszkają w przejściach podziemnych, na przystankach. Bardzo przykre. Wielkie miasta mają to do siebie, łatwiej im tam przeżyć. Choć trudno mi uwierzyć, że taki los to zawsze jest ich wybór. Tym bardziej cieszę się, że mamy w Poznaniu akcję Zupa na Głównym. To niewielka pomoc faktyczna, ale ogromna symboliczna. Mam nadzieję, że w Budapeszcie bezdomni też mogą choć czasem na kogoś liczyć.
Stamtąd pojechaliśmy do muzeum Vasarely'ego. To węgierski artysta, zajmujący się abstrakcją geometryczną, przez niektórych uważany za prekursowa op-artu. Najbardziej znany jest z tego typu dzieł:

choć mi bardziej do gustu przypadły jego wcześniejsze grafiki:
Po wystawie udaliśmy się na wyspę św. Małgorzaty, która w latach 50. została sztucznie utworzona na rzece Dunaj. Pomimo niewielkiej powierzchni (0,965 km²), znajduje się na niej całe dzikie mnóstwo wszystkiego: obiekty sportowe, baseny, kluby, restauracje, wypożyczalnie pojazdów, parki... Jest tam także ogród japoński
ruiny dominikańskiego klasztoru
oraz ruiny klasztoru franciszkanów, choć już nie tak imponujące. Na wyspie panuje sielankowa, niedzielna atmosfera, można się relaksować do woli!
Ostatniego dnia naszego pobytu w Budapeszcie udaliśmy się do Ludwig Museum, a po drodze trafiliśmy na taki pomnik
Jest to upamiętnienie ofiar systemu sowieckiego na Węgrzech, a dokładniej Węgrów wysyłanych do obozów pracy na terenie Związku Radzieckiego. Cała ta procedura zwała się Maleńkij Robot, gdyż według sowietów deportacja wgłąb ZSRR miała być ponoć tylko maleńką, krótką robotą, po wykonaniu której więźniowie mieli zostać szybko i bez problemów oswobodzeni. W rzeczywistości z Węgier wywieziono ponad 130 tysięcy osób zmuszanych do katorżniczej pracy, czego 1/3 z nich nie przeżyła.
Ludwig Museum spodobało się chyba nam obojgu. Spotkaliśmy tam i artystów węgierskich, i Picassa,
i całą wystawę poświęconą rewolucyjnym działaniom na Ukrainie, gdzie znajdowały się prace ukraińskich artystek feministek, dzieła apelujące o pokój czy upamiętniające ofiary zsyłki ukraińskich Tatarów na Sybir, a także instalacje ilustrujące szary, masowy pęd kapitalizmu.
Z muzeum popłynęliśmy statkiem na nasze ostatnie turnee po mieście. Statki pływające po Dunaju należą do transportu miejskiego i choć metro jest szybkie i wygodne, mieliśmy z naszego rejsu mnóstwo frajdy.

Budapeszt pożegnał nas słoneczną pogodą. Spędziliśmy tam naprawdę miłą majówkę (a właściwie połowę majówki). Miasto bardzo nam się podobało, choć gdzieniegdzie było trochę zaniedbane i choć bieda mocno rzucała się w oczy, Budapeszt jest piękny, tamtejsza architektura zwala z nóg, atmosfera miasta jest świetna i wiele miejsc zostało zaadaptowanych na ludzkie potrzeby - są dobrze wyposażone parki i miejsca spotkań, można bez problemu wypić wino w centrum, łatwo korzysta się z wielu udogodnień. I choć wiemy, że Budapeszt i Węgry mają teraz swoje polityczne problemy, my jako turyści zupełnie tego nie odczuliśmy. Bardzo polecamy!

5/08/2018

pierwsza połowa Budapesztu

Jako, że Erasmus nie zawsze służy związkom i relacjom, zapobiegliwie postanowiliśmy się z moim lubym spotkać w połowie mojego wyjazdu na majówce w Budapeszcie. On przyjechał z Poznania, przez Berlin, ja z bezpośrednio z Osijek (dzięki ci, Flixbusie!). Zaklepaliśmy sobie pokój przez Airbnb i trafiło nam się lokum-marzenie: przestronne, w starej kamienicy, z masą hipisowskich i psychodelicznych akcentów, w całym zresztą mieszkaniu. Właścicielki nie spotkaliśmy ani razu, pojawiała się niczym duch, żeby posprzątać, ale zawsze się mijaliśmy. Raz tylko zostawiła nam psa czy raczej małego niedźwiedzia (nowofunland).

Po zapoznaniu się z naszym nowym mieszkaniem, ruszyliśmy w miasto, ale klimat pozostał:


Pierwszego dnia po prostu powłóczyliśmy się po okolicy, na prawdziwą eksplorację ruszyliśmy nazajutrz. Zaliczyliśmy przejażdżkę żółtą linią metra (wpisana na listę UNESCO),

i dotarliśmy w okolice Placu Bohaterów. Pięknie tam jest!

W tamtych stronach właśnie znajduje się Kunst Halle, więc poszliśmy tam na wystawę węgierskiego rękodzieła. I byliśmy zachwyceni! Zeszliśmy wiele sal, gdzie oglądaliśmy WSZYSTKO, począwszy od ceramiki, poprzez biżuterię, piece, zabawki, instrumenty, ubrania, wyposażenie domu, na rzeczach użytku codziennego skończywszy.


Po takiej dawce kultury, poobcowaliśmy trochę z techniką - dworzec Nyugati z XIX wieku wygląda jak żywcem wyjęty ze starych filmów.


Także z XIX wieku pochodzi największa budapesztańska bazylika św. Stefana. Zdjęcia nie oddają tego, jaka jest ogromna. Byliśmy naprawdę pod wrażeniem tak zewnętrza, jak i wnętrza. To jeden z tych budynków, z których wychodzi się innym i w których naprawdę obcuje się z Czymś Więcej. Aż trudno uwierzyć, żeby ludzkie umysły były aż tak genialne, by coś takiego stworzyć.



A wieczorem obejrzeliśmy rozświetlony Parlament

i wypiliśmy wino przy słynnym zielonym Moście Wolności (nazywanym także czasem mostem samobójców).

Kolejnego dnia odwiedziliśmy łaźnie Szechenyi. Zatłoczone niesłychanie, ale jakoś to nawet nie przeszkadzało. Tam można pływać w basenie zewnętrznym tudzież moczyć się w gorącej wodzie, wypocić w saunie, zażyć gorących i zimnych kąpieli w leczniczych wodach, wypić pinacoladę, zjeść obiad, generalnie - spędzić tam cały dzień.


My spędziliśmy pół, po czym udaliśmy się na drugą stronę miasta - do Budy. Wdrapaliśmy się na wzgórze zamkowe,

zobaczyliśmy kościół św. Macieja,

a że potem mieliśmy problem ze znalezieniem wegańskiego jedzenia po tamtej stronie miasta, zeszliśmy ze wzgórza na kolację, a później wróciliśmy do Pesztu, gdzie rozmyślaliśmy nad smutnym losem Statuy Wolności (nie mam odpowiedniego zdjęcia, więc pożyczam od daleko niedaleko)

Góruje nad Budą i nawet nad Pesztem, stoi tak wysoko, sama, z rękami w górze, w upale, deszczu i chłodzie i wydaje się być bardzo samotna. Chcieliśmy ją uwolnić, sprowadzić na ziemię, żeby nie musiała dłużej stać na tym strasznym, ogromnym piedestale, ale nie wiedzieliśmy, jak. Może sama zejdzie pewnego dnia, kiedy będzie już miała dość.

4/30/2018

powiew grozy

W przedostatni dzień pobytu Oli, wybrałyśmy się do Vukovaru. To niewielkie miasteczko położone blisko granicy z Serbią. Miejscowość ta została prawie kompletnie zniszczona w 1991 roku, mieszkańcy, którzy przeżyli musieli uciekać, tam też miała miejsce masakra szpitala oraz wywóz pacjentów i personelu do Ovcary, gdzie rok później znaleziono masowy grób ofiar.
Miasteczko teraz jest już odbudowane i wygląda całkiem nowocześnie

Ale znajduje się tu wiele pomników i ruin, które przypominają o wojnie



Zawędrowałyśmy do tutejszego muzeum, gdzie wojnie poświęcona była właściwie tylko jedna sala, ale za to świetnie pomyślana. Całe muzeum było ogromne, liczyło sobie 3 piętra, bardzo dużo sal i było kompletnie puste. A otwarte. Nie miałyśmy nawet jak kupić biletów. Snułyśmy się po wszystkich tych salach same, słuchając niepokojących dźwięków i melodii dobiegających z poszczególnych sal, oglądając dziwne eksponaty z wykopalisk (włącznie z kośćmi mamuta), spacerując po wielkich pustych przestrzeniach

oglądając zdjęcia i filmy z wojny. 




Wreszcie trafiłyśmy do sali pełnej manekinów ubranych w ludowe chorwackie stroje z XIX wieku. Pokój był ogromny, manekiny liczne, bez twarzy, a na końcu sali znajdowało się wyjście na taras. Wyszłyśmy więc - żar lał się z nieba, ulicami Vukovaru spacerowali ludzie. A my patrzyłyśmy na nich z 3ciego piętra wielkiego, pustego muzeum. Nagle zerwał się wiatr i drzwi na taras prawie się zatrzasnęły - w ostatniej chwili je przytrzymałyśmy. A klamkę miały tylko z drugiej strony. To przeważyło - postanowiłyśmy opuścić to miejsce jak z horroru.
Połaziłyśmy jeszcze trochę ulicami, ale Vukovar sam w sobie nie ma zbyt wiele do zaoferowania - ważne punkty, odnoszące się do 91 roku najczęściej, znajdują się na obrzeżach miasteczka, a nam po wypadzie do Serbii nie chciało się już przemierzać kolejnych kilometrów. Poszłyśmy więc na dworzec, ale autobus odjechał nam sprzed nosa. Złapałyśmy więc stopa. Oczywiście dziwny klimat zapoczątkowany chyba przez film, który dnia poprzedniego obejrzałyśmy ("Moje córki krowy"), a podtrzymany przez wizytę w opuszczonym szpitalu i w vukovarskim muzeum nie mógł się tak po prostu rozwiać. Do Osijek zawiózł nas mianowicie jakiś wydziarany koleżka, który na tylnych siedzeniach wiózł dziwne polityczne wlepki, słuchał na cały regulator chorwackiego rapu z nieszczególnie subtelnymi tekstami, prowadził jak szalony i nie odzywał się z wyjątkiem siarczystych obelg rzucanych pod adresem innych kierowców. Zachowałyśmy pokerowe twarze i na miękkich nogach wysiadłyśmy w Osijek, zapewne jeszcze przed tym autobusem, który nam zwiał.
Dużo wrażeń. I ta cholerna wojna. Biedne Bałkany.

4/29/2018

Visla

Mojemu zdumieniu nie było końca, kiedy się okazało, że w Osijek odbywa się festiwal polskich filmów Visla, w dodatku właśnie wtedy, kiedy przyjechała Ola. Jak się okazało, dużo zdziałały w tym temacie tutejsze nauczycielki języka polskiego - pani Joanna i pani Małgorzata. Wybrałyśmy się więc na otwarcie festiwalu, a ja dodatkowo zaprosiłam mojego buddy, bo to przecież doskonała okazja, żeby pokazać mu kawalątek Polski. Otwarcie było z pompą, dostaliśmy bardzo ładne katalogi, sala była pełna, przemawiał ambasador Polski, dyrektorka kina, dyrektorka festiwalu i paru innych ludzi, artyści z tutejszej akademii sztuk pięknych wystawili teatrzyk Zelena Guska w oparciu o Gałczyńskiego oczywiście, a jedna ze studentek zagrała na pianinie Chopina.

Filmem otwierającym był "Najlepszy", opowiadający historię Jerzego Górskiego, który został mistrzem świata w ultratriatlonie w 1990 roku. Nie miałyśmy o człowieku pojęcia, więc warto było pójść i czegoś się dowiedzieć. Po filmie odbyło się spotkanie z jednym z aktorów - Szymonem Piotrem Warszawskim. A następnie przekąski (oczywiście sernik i ptasie mleczko) i wino. Tam spotkałyśmy Szymona Piotra oraz Kingę Dębską, poszłyśmy się przywitać, a Petar (buddy) polecał im lokalną kuchnię. Szymon Piotr zresztą dołączył do nas na chwilę w późniejszych godzinach wieczornych, kiedy siedzieliśmy na ławce ze szklaneczkami. Przezabawne.

Drugiego dnia poszłyśmy jeszcze na "Moje córki krowy" Dębskiej. Poza tym na afiszach są "Bogowie", "Sztuka kochania", "Planeta singli", "Chce się żyć" oraz parę filmów krótkometrażowych. Festiwal zorganizowany świetnie, współpraca z tutejszym kinem Urania również bez zarzutu, życzymy powodzenia w dalszych punktach trasy. 

4/27/2018

doktorantki na wywczasie || portret: Ola Aleksandra Be.

- Ale ci zazdroszczę - powiedziała Ola, jeszcze przed moim wyjazdem, kiedy spotkałyśmy się w uczelnianej stołówce. - Też bym sobie gdzieś pojechała...
- No to przyjedź do mnie!

I przyjechała. Pojechałam po nią do Zagrzebia, bo miałyśmy wielki plan, co to my w stolicy nie zrobimy. Nie wzięłyśmy tylko pod uwagę, że ona będzie po całonocnej podróży, z plecakiem, a ja po zerwaniu się przed świtem, więc ostatecznie snułyśmy się po mieście jak zombie.

I tak było bardzo miło! Posiedziałyśmy na trawie w parku

połaziłyśmy po starówce



poszłyśmy na kawę, która na chwilę postawiła nas na nogi



I wróciłyśmy do Osijek. Tu spędziłyśmy w zasadzie tylko 2 pełne dni, ale za to jakie miłe. Jadłyśmy śniadania i kolacje w ogrodzie

odwiedziłyśmy muzeum Sławonii


tutejszą "katedrę"

i spędziłyśmy dwa przezabawne wieczory z moim buddy, popijając wino nad rzeką i zaglądając do opuszczonego szpitala. To znaczy my zajrzałyśmy, on stchórzył ;)



Poza tym byłyśmy jeszcze w Belgradzie, Nowym Sadzie, Vukovarze i na festiwalu filmowym, ale o tym już było albo dopiero będzie. Bardzo się cieszę, że mnie Ola odwiedziła. Świetnie nam się wspólnie czas spędzało i teraz, kiedy już wyjechała, pusto mi bez niej. Ale naśmiałyśmy się za wszystkie czasy, omówiłyśmy prawie wszystkie poważne tematy, a nawet miałyśmy ze dwie próby wspólnego pisania doktoratu, gdyż obie dzielimy ten niełatwy los. Zahaczyłyśmy też o festyn na Zeleno Polje, gdzie prowadziłyśmy długą rozmowę w języku polsko-chorwackim z niejakim Nino, który bardzo nas polubił, choć naszą polską truskawkową Soplicę podsumował jako women alcohol. Przemieszczać mogłyśmy się bez problemu, bo dzięki uprzejmości tutejszych anarchistów zdobyłyśmy na parę dni drugi rower. Ola bardzo polubiła tak Chorwację, jak i Osijek, co widać na załączonym obrazku.